radio

Handel samochodami to bardzo dochodowy biznes. Na ogół wyobrażamy sobie, że polega on głównie na kupowaniu aut za granicą i sprzedawaniu ich z zyskiem w Polsce. Ale to tylko część tego, na czym zarabiają handlarze.

Podczas kupna samochodu kierujemy się – wbrew wszelkim poradnikom – przede wszystkim emocjami. Rozgorączkowanie sprawia, że nie zauważamy wielu rzeczy, a to wspaniała okazja, by nieuczciwy handlarz mógł zarobić na nas kolejne parę złotych. Wciąga on nas w grę, która polega na odwróceniu uwagi od rzeczy ważnych. To trochę jak gra w trzy kubki, nie ma szans by z nim wygrać.

Samochody sprzedawane na rynku niemieckim, czy w innych krajach zachodnich są na ogół dobrze wyposażone. Fabryczne radia, systemy multimedialne, markowe alu-felgi – to wszystko ma swoją wartość i to całkiem sporą.

Radio może kosztować nawet kilka tysięcy, felgi z oponami też. Więc okazja kusi. A napalony na auto klient pewnie i tak o to nie zapyta…
Znamy przypadek Opla Vectry, z której handlarz wymontował wszystko, co tylko się da. Sprzedawał auto w sierpniu na zimowych oponach i stalowych felgach twierdząc, że poprzedni użytkownik jeździł tak mało, że nie opłacało mu się zmieniać opon na letnie. Zresztą potwierdzeniem tego miał być niski przebieg auta – jak się potem okazało licznik był cofany.

W samochodzie zamontowane było zwykłe najtańsze radio kasetowe, a handlarz twierdził, że tak się targował z Niemcem, że ten ze złości wymontował radio. Ale handlarz miał dobre serce i za własne pieniądze kupił takie zwykłe, żeby coś grało. Tłumaczył, że takie oryginalne można dokupić za grosze. Jak się potem okazało takie akurat radio ze zmieniarką dokupić było trudno i kosztowałoby krocie, dlatego padło łupem handlarza, który za radio i koła zarobił dodatkowych 5 tysięcy złotych.

To jednak nie koniec. Po kilku dniach okazało się też, że wymienił na stare: alternator i akumulator, bo to kolejnych kilkaset złotych czystego zysku. Pytanie tylko czy na pewno czystego?

Taki proceder to zwykła kradzież, znamy przypadek handlarza, który był tak chciwy, że zabrał ze sprzedawanego Nissna Micry apteczkę i gaśnicę. O ile apteczka w Polsce nie jest obowiązkowa, o tyle gaśnica jest wymagana przez prawo, czyli sprzedał pojazd niekompletny.

Rozgorączkowani kupujący na ogół nie zwracają na to uwagi i dopiero po kilku dniach dociera do nich, że zostali nabici w butelkę. Niestety wtedy jest już za późno. Kupując auto podpisują umowę, a jest w niej zapis mówiący o tym, że kupujący zapoznał się ze stanem technicznym pojazdu i nie będzie wnosił pretensji. Jak się przed tym bronić?

Trzeba być mądrym przed szkodą, najlepiej kupować auto w towarzystwie osoby, której nie udzielą się nasze emocje. Najlepiej by był to ekspert motoryzacyjny, który chłodnym okiem potrafi ocenić pojazd, jego stan i dostrzec oszustwa handlarza.
Eksperci MotoRaportera niejednokrotnie spotykają się z takimi sytuacjami, potrafią jednak dostrzec oszustwo i uchronić klientów przed naciągaczami.

Polski rynek samochodów używanych jest trudny i pełen zagrożeń. Łatwo dać się nabrać, ofiarami padają czasem nawet ludzie z dużym doświadczeniem. Wspomnianego Opla Vectrę kupił człowiek, który sam przez kilka lat sprowadzał auta.